Fajny film przedwczoraj widziałem
Co jakiś czas pojawiają się na naszym blogasku notki filmowo - telewizyjne, teraz akurat uznaliśmy, że zdecydowanie warto. Część z Was na pewno zna ten serial, pozostałym zdecydowanie polecam. The Shield - u nas chodził przez jakiś czas - chyba na C+ i AXN - jako Świat Glin. Serial nie jest najnowszy. Pierwszy sezon wyemitowano w 2002, ostatni - po siedmiu sezonach - w 2008. Kilka lat temu obejrzałem pierwsze dwa sezony, potem dokupiłem dwa kolejne, ale jakoś tak się złożyło, że do oglądania wróciłem dopiero w tym roku. I wtedy już domówiłem całość. Ciężki, mocny, brutalny, policyjny, momentami dołujący serial. Wciska w fotel, nie zostawia obojętnym. Chyba jeszcze nie spotkaliśmy serialu, w którym każda z głównych postaci byłaby tak niejednoznaczna, na swój sposób jednocześnie aż tak pozytywna i negatywna. Brzydzimy się nimi, ale jednocześnie im kibicujemy. Wzajemna lojalność i przyjaźń wciąż mieszają się z kłamstwem i zdradą. Przyjaciół się zdradza, z wrogami wchodzi w sojusze - jeśli cel nadrzędny tego wymaga. Każdy ma jakieś zasady, które prędzej czy później złamie . Każdy ma wartości, którym się prędzej czy później sprzeniewierzy. Wszystkie główne postacie - wybitnie castingowane, pewnie także dlatego, że aktorzy stosunkowo nieznani - stają się bohaterami, których grają, nawet bardziej niż sobą samym. Złapałem się na tym, że po zakończeniu ostatniego odcinka, kiedy oglądałem filmik z fety po ostatnim klapsie, miałem wrażenie, że role się odwróciły i że teraz to Vic Mackey gra Michaela Chiklisa, Shane Vendrell - Waltona Gogginsa a Dutch Wagenbach - Jaya Karnesa. A David Aceveda w skórzanej kurteczce zupełnie nie był sobą. To dosyć rzadki przypadek, że (prawie, wyjątkiem jest może sezon szósty) każdy kolejny sezon jest chyba lepszy od poprzedniego . Już zakończenie pierwszego odcinka zostawia widza w przekonaniu, że czegoś takiego jeszcze w telewizji chyba nie widział. Więcej nie piszemy, nie spoilerujemy. W każdym razie wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem pętla się zacieśnia i nawet jeśli czasem się rozluźni, to wiemy, że wszystko zmierza do nieuchronnego końca. I że nie da się tu nijak wymyślić happy endu. A'propos zakończenia - często jest tak, że mamy do czynienia z dobrym serialem, ale scenarzyści kompletnie nie mają pomysłu na to, jak to kontynuować, na przemian rozplątują i zaplątują zakończone już wątki, wprowadzają na siłę nowych bohaterów, którzy niewiele wnoszą, wreszcie kompletnie nie wiedzą, jak całość spuentować i zakończyć. Jeśli ktoś oglądał Prison Break, to pewnie wie, o czym piszę. Z The Shield jest inaczej - pojawienie się najpierw Glenn Close (sezon czwarty), a potem Foresta Whitakera (sezon piąty, być może najlepszy) - bardzo popychają serial do przodu. A półtoragodzinne Show Finale dowozi na każdym wymiarze. To prawdopodobnie najlepsze, bo najbardziej nieuchronne i poruszające Finale, jakie znamy. 'Wow. I feel like I’ve been emotionally pistol-whipped. In a good way.' - napisał ktoś na swoim blogu po obejrzeniu ostatniego odcinka. I jeszcze last, but not least - muzyka. Twórcy serialu powyciągali kawałki, często zupełnie nieznane (przynajmniej dla nas) i zrobili z soundtracku i jego wkomponowania w fabułę majstersztyk absolutny. I hip hop, i muzyka lat 80-tych (Dutch), i ostry rock (zakończenie pierwszego odcinka), i alternative (zakończenie drugiego sezonu), i blues (piosenka Johnny Casha w pierwszym odcinku Sezonu 6) i wreszcie nienznany nam diamencik na zakończenie serialu, 'Long Time Ago...' Concrete Blonde, idealnie podumowujący całość i najważniejsze wątki za pomocą kilkunastu kluczowych scen. Wklejamy, bo wbrew pozorom nie spoileruje.: PS. I jeszcze jedno - sorry, ale Michael Chiklis powinien sobie darować granie w Fantastycznej Czwórce. Vic Mackey nie ma szans być w takiej roli wiarygodny.




